czwartek, 12 stycznia 2017

wpadki bezglutenowe...

Na diecie jestem już prawie 7 lat i jak najbardziej wpadki dalej mi się zdarzają. 
Mniejsze lub większe, ale jednak.
Chyba zacznę od tej ostatniej, wigilijnej. 

Pierogi. Robię zawsze według tego samego przepisu, polecanego ładnych parę lat temu w czasopiśmie "Bez glutenu". Wszystko miałam milion razy przetestowane, proporcje, mąkę, wszystko, a tu klops. Pierogów narobiłam z pięćdziesiąt, dodam na 2 osoby, z myślą, że trochu zamrożę, a trochu podjemy po Pasterce. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wielkie lepienie urządziłam sobie na 4 dni przed wigilią, pierogi obgotowałam, ostudziłam, wysuszyłam, zamroziłam, ogólnie podsumowując, wszytko na plus. W wigilię rozmroziłam kilka i z przerażeniem stwierdziłam, że są obrzydliwe! ciasto grube, nadzienia nie czuć, katastrofa, ale znowu plus, bo się nie rozwaliły. Armagedon nastąpił już w nowym roku, znowu wyjęłam, rozmroziłam, ugotowałam, a z garnka wyciągnęłam w większości pływające ciasto i wszechobecną kapustę z grzybami. Nie pytajcie...

Płatki kukurydziane. Jak może wiecie, mieszkam w Niemczech, tutaj płatki kukurydziane i inne do mleka, pakowane są w kartony, jak dla mnie kukurydziane wyglądają wszystkie tak samo :P
Jak ogólnie wiadomo corn flakes oznaczone zostały jako bezglutenowe. Siostra moja rodzona, ciągle o tym mówiła, więc wychodziłam z założenia, że takie kupuje. Raz byłam u niej, pytała czy mam ochotę, oczywiście że tak, bo na płatki to zawsze. Zjadłam małą miseczkę. Po paru godzinach stoimy w kuchni, ja patrzę, a tam inne płatki!! Niby kukurydziane, ale nie te! A ona pewna, że właśnie te bezglutenowe kupili. W składzie oczywiście, że słód jęczmienny,bo po co, odchorowałam. Dobre 4 dni, jak wyjęta nie powiem skąd. Nie polecam.

Serek homogenizowany. Małżonek szanowny jest pożeraczem serków i jogurtów wszelakich. Ze mną od początku choroby, więc obryty w etykietkach do granic możliwości. Byliśmy na zakupach, zrobił sobie zapas serków, różne smaki, wszystko super. Do śniadania wybrał taki z limetką i jak się okazało ... ciasteczkami. Ja oczywiście pewna, że on poczytał, bo niemieckiego się dopiero uczę, więc w większości zwalam na niego, ochoczo złapałam za łyżkę, jedną, drugą. Po drugiej nawinął mi się obrazek na opakowaniu. Ciasteczka jak byk... chyba dalszy ciąg nie wymaga komentarza. Teraz mam przynajmniej co wypominać: "Chciałeś mnie otruć" pojawia się z różną częstotliwością... :)

To tylko kilka przykładów, jest ich oczywiście o stokroć więcej... mieszanie nie tą łyżką, czy przypadkowe oblizywanie po czymś niedozwolonym, na początku diety zdarzały się naprawdę naprawdę często. Mam nadzieję, że nie tylko ja żyję z wiecznymi wpadkami, ale cóż jestem tylko człowiekiem:) Życzę Wam tych wpadek jak najmniej, ale jak się jednak jakieś zdarzą, nie przejmujcie się, to nie koniec świata.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Trochę od serca ...

Siedzę właśnie nad zadaniem z niemieckiego, obok mnie stoi kubek herbaty i leży czekoladka jogurtowa. W tych jakże miłych okolicznościach i z nieodpartej chęci przerwy, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak naprawdę straciłam ochotę i zapał do pisania. Prawie wszyscy dookoła coś piszą, piszą posty na facebooku, piszą blogi, piszą o dietach, o glutenie, o modzie, o makijażu i wielu innych pierdołach, które czasem nic nowego do życia nie wnoszą. 

Kiedy ja zaczynałam pisać, a jakby nie było, było to chwilę temu, miałam zacny plan, że będę pomagać innym oswoić chorobę, z którą przyszło im żyć, ale też informować tych, którzy żyć z nią nie muszą, ale gdzieś tam, coś tam im świta i o uszy się obija, co to właściwie jest. Z biegiem czasu, zaczęłam pisać (może za duże słowo) recenzje produktów, dodawać przepisy itp. I nie, że jestem tak delikatna na krytykę, ale ile razy czytałam niektóre komentarze, mimo ich niewielkich ilości, szlak mnie trafiał. Oczywiście nie mam na myśli tych pozytywnych, bo te to oczywiście miód na moje hmmm oczy, ale oczywiście chodzi o tak zwane i znane przez wszystkich hejty. 
Kurcze człowiek się stara, szuka pomysłów, szuka nowych produktów, żeby innym ułatwić życie, a okazuje się, że nagle wszyscy eko maniacy już nic sklepowego nie ruszą. Parę miesięcy/lat wstecz objadali się pewnie zupkami chińskimi, a teraz nawet w ich stronę nie spojrzą. Ja to rozumiem, ja nie mam nic przeciwko, ale czy naprawdę trzeba na każdego patrzeć spod byka, że zjadł sklepową czekoladkę? rzucać komentarze, że to świństwo itp. Już chyba kiedyś nawet o tym pisałam, że każdy swój rozum ma i sam decyduje, więc nie trzeba go z każdej strony atakować i rozliczać z kolejnej paczki gotowego chleba bezglutenowego. Ba nie każdy ma czas, umiejętności czy ochotę stać przy piecu i czekać na nie zawsze udany bochenek. 

Na diecie jestem już jak się okazuje prawie 6 lat!!!! Jak dla mnie szmat czasu i ogrom zmian. Kiedy zaczynałam dietę, chleb kupowałam przez internet, był obrzydliwy, a ten dobry był cholernie drogi. Było mało produktów, a ludzie słysząc gluten pytali, czy to znaczy, że nie można jogurtu? a teraz? jaka zmian! wszyscy znają gluten, unikają glutenu, bo gluten jest bee. I tu po raz kolejny, ja to rozumiem, jeśli ktoś z przyczyn zdrowotnych unika glutenu, ale jak słyszę, że to takie modne to też nie będę jeść, albo co więcej! że to odchudza, to ogarnia mnie sama nie wiem, złość? a co tu dużo mówić, szlak mnie trafia, tak po prostu. Bo skoro odchudza, to czemu ja mam na plusie jakieś 15 kilo hę? 

Nie powiem, dzięki modzie na bezgluten pojawiło się dużo, duuuużo nowych produktów, co bardzo cieszy, ale niestety pojawiły się też te pseudo bezglutenowe, chyba najlepsze te w cukierniach/piekarniach. Piękne bezglutenowe muffiny wypiekane w obłokach z mąki pszennej. Ach sama słodycz. Tyle że, dla tych co muszą żyć bezglutenowo owa muffina będzie trucizną, dla tych którzy modnie zrezygnowali z glutenu to bez różnicy, bo oni z tej okazji nie spędzą najbliższych godzin np. w toalecie.

Ja zdaję sobie sprawę, że post ten może do normalnych nie należy, ale chciałam w ten dziwny sposób, przybliżyć trochę mój pogląd na bezglutenową sprawę. Zastanawiam się czasem, czy dalsze prowadzenie bloga na coś się komuś jeszcze przydaje. Byłoby mi ogromnie miło, gdyby ktoś zechciał odpowiedzieć na to pytanie. 
Czy w tym momencie, gdzie bezgluten wyziera z każdej półki sklepowej, a wokół pełno eko maniaków, macie ochotę czasem poczytać o czymś bezglutenowym, co nie koniecznie będzie w 100% nie przetworzone i nie bez chemicznych dodatków :)?
Jeśli tak, to dajcie proszę znać, a postaram się wrócić do pisania, bo jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta to będzie mi przeogromnie miło ;)

Pozdrawiam Was serdecznie ;)

ps. Od razu przepraszam za tych "wszystkich", bo wiem, że wśród Was znajdą się osoby z podobnym podejściem do mojego ;)